Audycja "Muzyczny Zakręt" w Radiu Egida. Playlista, muzyczne notatki.
wtorek, 13 listopada 2007
GoodBooks - Passchendaele

Odkurzam moje archiwum sprzed klilku miesięcy. Jakoś wcześniej nie było czasu. To migawka z krótkiego koncertu w jednym z malutkich klubów w Londynie. Grupa GoodBooks promowała swój debiutancki album Control na koncertach, podczas których grali tak blisko publiczności, że można było ich dotknąć. Bardzo dobry album, może nie najlepszy występ, ale warto było. Przed Wami "Passchendaele", pierwszy singiel z debiutu.


piątek, 12 października 2007
Kulturalny weekend w Londynie
Zapowiada się niezła strawa duchowa dla wszytskich miłośników polskiej kultury w Londynie. Już jutro, w sobotę 13 października, na Poland Street odbędzie się POLAND ST. UNDERGROUND - festiwal - za zupełną darmochę - prezentujący najciekawsze dokonania w polskiej sztuce, animacji, literaturze, modzie i muzyce. Będą projekcje filmów Tomka Bagińskiego, koncerty DJów oraz występ grupy Poise Rite. Polecam gorąco - szczegóły pod adresem i po kliknięciu na obrazek.

Natomiast w niedzielę w londyńskiej Astorii wystapi Kult. Po raz 6 w Londynie, ale sala z pewnością będzie pękać w szwach. Kult? Znamy, lubimy, a koncerty tym bardziej warte polecenia. Jako support - The Poise Rite - again :)
Relacja - postaram się jak najszybciej. Udanego weekendu!
niedziela, 07 października 2007
Nowy singiel Bloc Party
"Flux" miał premierę światową 4 października w programie radiowym Zane'a Lowe w BBC Radio 1 oraz w TV NBC w Conan O'Brien Show. Nowy utwór, nowe emocje dla wszystkich fanów Bloc Party.
sobota, 22 września 2007
Valerie i Sir Bob
W kwietniu chodził za mną Ronson i chciał mnie zatrzymać ("Stop Me"). Teraz łazi za mną również, w towarzystwie samej Amy Winehouse. Na płytę "Version" Ronson przygotował cover piosenki The Zutons - "Valerie". Utwór brzmi genialnie i ma świetny teledysk, w którym Amy nie zawitała - widzimy tylko jej klona - z powodów odwykowo-narkotykowo-zdrowotnych. Właściwie nie wiadomo do końca dlaczego.

Czekam w końcu, aż remix piosenki Boba Dylana zrobiony przez Ronsona ujrzy światło dzienne, tzn. ukaże się na singlu. Muzyka Mistrza długo broniła się przed wszelkiego rodzaju ulepszaczami, ale w końcu Dylan powiedział "Tak". Oto remix "Most Likely You Will Go Your Way (& I'll Go Mine)".
Mark Ronson to nie byle kto.
Lovebox Weekender, Londyn
Lovebox Weekender to impreza corocznie, od 2003 roku, organizowana przez zespół Groove Armada, na który londyńska formacja zaprasza najlepszych, ich zdaniem muzyków, zespoły i DJ-ów. Tegoroczna edycja odbyła się w parku Finsbury północno wschodnim Londynie i trwała dwa dni. Pierwszy dzień, z wielu powodów, postanowiłem sobie odpuścić. Bezwzględną gwiazdą wieczoru był zespół Blondie, ale ja najbardziej żałowałem, że nie mogłem zobaczyć pozostałych koncertów z głównej sceny (The Presets, Junior Boys, Patrick Wolf, Super Furry Animals) oraz kilku wykonawców, którzy pojawili się również na mniejszych scenach (Switch, Tiga, New Young Pony Club, The Bees, Pull Tiger Tail, Joey Negro, Stateless) - przyznacie, że sam line-up robi ogromne wrażenie. Ale mówi się trudno i drugiego dnia pojawiliśmy się z Anną w londyńskim parku jak najszybciej się dało.

Początek rozkręcał się niemrawo, bo właściwie do godziny 15 nie zapowiadało się nic ciekawego. Furorę na scenie Trojan Soundsystem robił DJ Derek, ponad 60. letni facet, który swego czasu zrezygnował z pracy w fabryce czekolady na rzecz tego, co kocha najbardziej, czyli muzyki. Brzmienia reggae, ska, dancehall, soul wybrane naprawdę świetnie sprawiły, że ludzie w porze obiadowej tańczyli jak najęci.
Popołudnie mieliśmy spędzić głównie na bieganiu pomiędzy sceną główną a namiotem Barflay. Ale zamiast opisywać po kolei, co i jak, podzielę koncerty, które widziałem na dwie grupy.

Rozczarowania
Niestety, najgorszym przeciwnikiem festiwalu okazała się świetna pogoda. Przypierające słońce, nastrój pinkinowy nie ułatwiają skupiania się na muzyce. W dodatku angole wolą sobie pogadać w czasie występu niż słuchać i oglądać to, co dzieje się na scenie. Z tym problemem walczy uporczywie Mike Skinner, ale o tym przy innej okazji.
O 15 na scenie głównej pojawił się Hot Chip - nie muszę chyba mówić, jedna z najciekawszych grup sceny elektronicznej. Niestety, w niepełnym składzie. A poza tym - bez tej iskry, bez przebojowości. Na koncercie pojawiły się utwory znane z dwóch poprzednich płyt grupy, a także dwie nowe kompozycje. Koncert, niestety bez historii, chociaż oglądałem go z pierwszego rzędu.
Drugie duże rozczarowanie to The Rapture. Szczególnie Ania narzekała na fatalne nagłośnienie - i miała sporo racji. Poza tym znów zabrakło tego czegoś, co mogłoby porwać publikę do zabawy. Szkoda.
Blado wypadł też zespół z południowego Londynu, Good Shoes, po którym spodziewałem się czegoś więcej, bo w końcu grał jako gwiazda sceny Barfly. Znowu były kłopoty ze sprzętem i złe nagłośnienie. Po raz pierwszy przekonałem się również,że często te młode zespoły indie rockowe nie mają za dużo do zaprezentowania na scenie, oprócz tych dwóch singli, które wylansowały w radio. Reszta piosenek zlewa się niestety w jedno...

Na szczęście, są jeszcze tacy wykonawcy jak Tiny Dancers, którzy z wielką umiejętnością łączą brzmienia folk, blues i rock, a w dodatku mają przebojowego frontmana. Ja miałem już przyjemność zobaczyć ich koncert przed występem The Hours i ciągle uważam, że są jednym z najciekawszych młodych zespołów w Anglii. Wygląd rodem z lat 60. i świetna muzyka, która porywa do tańca od pierwszych taktów.
Skoro już jestem przy dobrych wrażeniach z festiwalu, pora na 3 najlepsze koncerty tego dnia.

3. Mr Hudson & The Library
Po pierwsze, przebojowy frontman. Po drugie, energia. Po trzecie, świetny kontakt z publicznością. Po czwarte - nietuzinkowość. Brzmienia tej grupy nie można jednoznacznie określić. Jest dużo regaee, ska, momentami ocierają się o jazz , blues i world music, a frontman lubi sobie rapować. Muzyka ta ma jak najbardziej "czarne korzenie", więc wszystkie piosenki mają ten charakterystyczny puls, który sprawia, że od razu chce się tańczyć. Koncert był trochę za krótki, ale to bolączka każdego festiwalu. Zabrakło mojego ulubionego "Ask The DJ", ale publika szalała oczywiście przy "Take Us Somewhere New" czy "Too Late Too Late". Na tym występie było to, czego zabrakło na pozostałych koncertach - atmosfera, kontakt z publicznością i zabawa.

2. Groova Armada
Gwiazda wieczoru. Specjalnie przygotowana scena, wyjątkowe oświetlenie, wizualizacje - gospodarzom zawsze sprzyjają ściany. Armada świętowała wydanie ostatniego albumu, "Soundboy Rock", więc na występie pojawiło się dużo utworów z tego właśnie albumu, na czele z "Get Down", "Song For Mutya", "Love Sweet Sond" (który doskonale otworzył występ). Nie mogło zabraknąć "killerów" z historii zespołu - "If Everybody Looked the Same", "My Friend" czy "I See You Baby".

Magicznie wypadł utwór "At the River", który zabrzmiał przy zachodzącym słońcu, a Andy Cato chwycił za puzon i grał, aż ciary szły po plecach. Na zakończenie oczywiście nieśmiertelne "Supersylin'", które sprawiło, że ludzie unieśli się conajmniej 30 cm ponad ziemię.

Nie oszukujmy się, to nie był koncert idealny, momentami ze sceny wiało nudą. Mimo wszystko widowisko było świetne, ale okazuje się, że efekty świetlne i wielka scena to nie wszystko. Dlatego też najlepszym występem drugiego dnia festiwalu był koncert zgoła inny.

1. The Presets
Jeżeli gdziekolwiek kiedykolwiek będziecie mięli okazję zobaczyć ten australijski duet, nie wahajcie się ani chwili. Dwóch ludzi na scenie. Jeden gra na perkusji, drugi majstruje coś przy urządzeniach elektronicznych i czasem coś zaśpiewa. Grają swoje utwory. W namiocie atmosfera niemal transowa. Niewiele świateł, zapomnijcie o wizualizacjach. Jest przyjemnie gorąco i duszno. Atmosfera nagrzewa się z każdym utworem. Czuję, że namiot zaczyna się unosić, niczym katowicki spodek podczas najlepszych koncertów. Wokół mnie tańczą ludzie z rogalami na twarzach. Nawet 50. letni facet zapomniał gdzie jest i ile ma lat. Tańczy jak szalony. Mam ciary na plecach. Pije Pimmsa, którego przyniosła mi Ania. Jestem w zupełnie innej rzeczywistości. Przy "I Go Hard, I Go Home" odlatuje..... Zresztą, zobaczcie sami.

Czy było to godne pożegnanie wakacji, jak zapowiadali organizatorzy? Nie do końca, nie wszystkie koncerty trzymały dobry, wysoki poziom, część była zagrana na pół gwizdka. Na mój londyński "Open'er" musiałem czekać miesiąc. O tym - niedługo.

Lovebox Weekender
21-22 lipca, Finsbury Park, Londyn
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39



Get Firefox